O pisarzeniu

Moje doświadczenie w pisaniu jest równe niemal zeru - to opowiadanie jest swoistą rozgrzewką dla mych skostniałych palców, ćwiczeniem i traktując to w ten sposób raczej się nie zawiedziesz. Krytykę przyjmuję z wdzięcznością.

piątek, 23 sierpnia 2013

Strefa nadludzi (część druga)

     Staliśmy przed nieprzeciętnie przeciętnym budynkiem. Właściwie, jego pospolitość wyróżniała go na tle innych budowli w strefie nadludzi. Szaro-bury kolor ścian, banalne firanki w oknach, zwyczajne drzwi i nijaki dzwonek, który wcisnął Mael, składały się na sztampowy dom z ogródkiem. Po długiej chwili otworzyła nam drobna kobieta o dobrotliwym spojrzeniu i przyprószonych siwizną włosach spiętych w kok. Spojrzała najpierw na mnie, później na anioła, pokiwała energicznie głową i zaprosiła nas gestem ręki. Mael wszedł pierwszy, a ja w ślad za nim. Moje nozdrza od razu zaatakował ostry zapach formaliny, oczy zaszły łzami.
- Lucjan już na was czeka - zaskrzeczała kobieta, drepcząc z wolna wąskim, obitym deskami korytarzem. Choć przeciętny z zewnątrz, wewnątrz dom był kolokwialnie mówiąc, dziwaczny. Z osobliwej, drewnianej tapety wystawały pordzewiałe gwoździe, na których pozawieszano wisiory. Wśród niektórych rozpoznałam talizmany i amulety z różnych zakątków świata. Szliśmy, zdecydowanie zbyt wolno, mijając kolejne pokoje, a korytarz zdawał się ciągnąć w nieskończoność. Z zewnątrz dom wydawał się mniejszy. Może to dzięki magii - pomyślałam nagle i wzdrygnęłam się. Ta myśl szybko nabrała rangi przekonania. Byłam pewna, że dom jest zaczarowany. Czas wydawał się płynąć tu wolniej, a jednocześnie niespokojniej. W końcu, po upływie mniej więcej wieczności, zatrzymaliśmy się. Kobieta zapukała do białych drzwi i bez słowa ruszyła dalej, w głąb niekończącego się holu. Zdałam sobie sprawę, że nie staliśmy nawet w połowie korytarza. Jasne drzwi uchyliły się i wyjrzał zza nich wysoki, smukły mężczyzna. Na nasz widok jego brodata twarz rozpromieniła się.
- Wchodźcie, zapraszam. - Jego głos przypominał skowyt maltretowanego psa. Skrzywiłam się mimowolnie, ale wmaszerowałam posłusznie, oglądając się na Maela. Stanął w progu z zagadkowym wyrazem twarzy. 
- Lucek - zaczął. - Mogę ją z tobą zostawić na godzinę?
Z niedowierzaniem wbiłam wzrok w anielską twarz.
- Nie ma sprawy - odparł brodacz. - Czemu?
- Liberum veto, do cholery! - wrzasnęłam rozpaczliwie. - Miałeś mi stróżować, mówiłeś, że nie odstąpisz mnie na krok, a teraz zostawiasz mnie z jakimś obcym facetem? Traktujesz mnie jak domowe zwierzątko, które można podrzucić każde... - W jednej chwili przestałam odczuwać bunt przeciwko takiemu obrotowi spraw. Moje myśli zwolniły przyjemnie, by zaraz przepaść bez śladu. Ze stoickim spokojem pogodziłam się z decyzją stróża.
- I tak chciałaś ode mnie odpocząć. - Głos anioła był niezwykle kojący. Zgodziłam się z nim bez wahania. - Z Lucjanem będziesz nawet bezpieczniejsza. Niedługo wrócę. 
- Z nim będę bezpieczniejsza - stwierdziłam, zachwycona perspektywą spędzenia godziny z nieznajomym mężczyzną. 
- Wybacz - rzucił, zamykając mi drzwi przed nosem. 
Obróciłam się ożywiona na pięcie i posłałam Lucjanowi promienny uśmiech.
- Ach tak - wymamrotał, drapiąc się po brodzie. Podszedł do stołu, stanowiącego jedyny mebel brudnego pokoju i otworzył leżącą na nim stalową walizkę. Z zaciekawieniem przyjrzałam się jej zawartości. 
- To dla mnie? - spytałam z podnieceniem, czując się jak dziecko rozpakowujące prezenty w Boże Narodzenie. Mężczyzna zaśmiał się jękliwie. 
- Nie wszystkie, oczywiście. Musisz wybrać. Ten, na przykład, deringer, to połączenie klasyki i lekko...
- Ten - przerwałam mu, wskazując na najmniejszy z pistoletów.
- Bardzo dobry wybór. - Lucjan  wyszczerzył duże zęby w krzywym uśmiechu, wyjmując broń. - Rewolwer Smith&Wesson. Kompaktowy i leciutki. Dla ciebie idealny.
Zamknął walizkę i przestał się uśmiechać. W brązowych oczach dostrzegłam prawdziwą pasję. Wytłumaczył mi działanie broni, strzelając słowami jak z karabinu maszynowego. Gdy przerwał słowotok, pokazał jak czyścić, przeładować, zablokować, odblokować i wycelować broń. Wcisnął mi w dłonie pistolet i kazał powtórzyć te wszystkie czynności. Trochę niezgrabnie, ale poradziłam sobie z tym bez większych trudności. Poczułam jak zapał i dobry humor, wywołane przez anielskie-jedi-sztuczki powoli mnie opuszczają. Mężczyzna chyba wyczuł tę zmianę, bo popatrzył na mnie z ukosa, unosząc brew. 
- Skurczybyk - syknęłam z narastającą złością. Wystartowałam w stronę drzwi, gdy nagle poczułam na ramieniu rękę Lucjana. Odwróciłam się gwałtownie i wycelowałam broń w jego krocze. - Nawet nie próbuj mnie zatrzymywać - warknęłam. Brodacz natychmiast cofnął ręce i uniósł je do góry. Wyszłam z pokoju, śmiejąc się histerycznie i jak burza pognałam do wyjścia.
- Cholerny Mael... - Usłyszałam za sobą głos Lucjana. 
     Biegłam, czując na sobie spojrzenia nieludzi. W głowie ułożyłam niemisterny plan ucieczki z miasta. Nawet, jeśli okazałaby się bezcelowa, zamierzałam spróbować. Na moje szczęście, żaden przerośnięty wilk czy inny stwór nie próbował się ze mną zaprzyjaźniać. Po kilku minutach szaleńczego biegu rozpoznałam ludzką część miasta. Odetchnęłam lekko, lecz nie zamierzałam zwalniać. Zatrzymałam się dopiero pod drzwiami kawalerki.
Homet wpatrywał się we mnie żółtymi, nieufnymi oczyskami, gdy miotałam się po całym mieszkaniu, pakując się do niewielkiego plecaka. Włożyłam do niego tylko najpotrzebniejsze rzeczy, pieniądze i dokumenty, po czym narzuciłam go na plecy. Wzięłam kota pod pachę i wybiegłam z mieszkania... Prosto na Maela.
- Ty durna, nieostrożna... - W jego głosie po raz pierwszy słychać było emocje, których odbicie zobaczyłam również na twarzy. Był wściekły. 
- To ja powinnam się złościć. - Mówiłam cicho, czując, jak rośnie we mnie irytacja. - Podły, manipulatorski... - urwałam, dłoń zacisnęłam w pięść i z całej siły wymierzyłam ją w anielskie lico, trafiając prosto w nos. - Bucu! - dokończyłam. Widząc zaskoczoną minę Maela i krew płynącą po jego brodzie, poczułam dziką satysfakcję, choć ręka bolała jak diabli, a rana na pewno się już zagoiła. Dopiero wtedy zauważyłam Lucjana. Stał za aniołem i przypatrywał mi się z mieszanką podziwu i fascynacji. Zapadła dłuższa cisza, którą przerwał Homet, miaucząc nieśmiało. - Jeszcze raz użyjesz na mnie tych swoich jedi sztuczek, a cię zabiję - ostrzegłam, wpuszczając kota do mieszkania. - Teraz nawet mam czym. - Poklepałam się po wypukłości w okolicy biodra.
- No właśnie - zgodził się ze mną Lucjan. - Chodź, nauczymy cię korzystać z tej giwery! - krzyknął z entuzjazmem i ruszył w dół schodami. Ja i Mael wciąż staliśmy w miejscu, lustrując się wzrokiem. Dopiero wtedy zauważyłam krótkie, blond kosmyki włosów opadające na jego twarz. 
- Zahipnotyzowałeś mnie i zostawiłeś z nim, żeby pójść do fryzjera? - spytałam z niedowierzaniem.
- Tak - warknął. 
- Ty w ogóle nie potrafisz obchodzić się z ludźmi - westchnęłam. - Jakim cudem dostałeś tę robotę? Nie odpowiadaj, nie chcę wiedzieć. - Pokręciłam głową.
- Możemy już iść? - Niecierpliwił się. 
- Pod warunkiem, że przyrzekniesz, że już nigdy nie użyjesz na mnie tych anielskich czarów - odparłam spokojnie. - Na Boga - dodałam. Na anielskim obliczu po raz pierwszy pojawiła się konsternacja. 
- Przyrzekam - mruknął niechętnie po długiej chwili. - Na Boga.
- Swoją drogą, tamta fryzura była o niebo lepsza - rzuciłam, wymijając go i zeszłam po schodach.

wtorek, 20 sierpnia 2013

Pisz po pijaku, redaguj na trzeźwo.

"Write drunk. Edit sober.", Ernest Hemingway. Może Ernestowi wysokoprocentowe trunki pomagały w tworzeniu, mi, wręcz przeciwnie. Dzisiejszy wieczór zakrapiany rumem i absyntem, choć w doborowym towarzystwie, nie był zbyt łaskawy dla słowa pisanego. Może wyciągi z południowoamerykańskich roślin okazałyby się dużo bardziej dobroczynne? Pointa jest taka, że nowy rozdział ukaże się najwcześniej w środę.

niedziela, 18 sierpnia 2013

Strefa nadludzi (część pierwsza)

22.06.2013. 

     Tej nocy sny były pełne nasyconych czerwienią obrazów przemocy. Obudziłam się z przyspieszonym biciem serca i niejasnym poczuciem strachu. Zegar pokazywał kwadrans po czwartej. Koszmar stał się na powrót tylko nocną marą, umykającą pospiesznie w niepamięć.
- O dwie godziny za wcześnie - zachrypiałam rozpaczliwie. Niechętnie przeniosłam wzrok na Maela. Siedział w fotelu z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Mata, kołdra i poduszki, które rozłożyłam wieczorem na podłodze wydawały się być nietknięte. - Czy ty w ogóle sypiasz? - spytałam. Pokręcił lekko głową. Przewróciłam oczami i powoli usadowiłam się na brzegu łóżka, ziewając przeciągle.
- Nie spałaś dziś tak twardo jak zwykle - zauważył, bystrzak jeden.
Zwykle w nocy jest tu ze mną tylko Homet - warknęłam. - Zwykle nie jestem topiona przez słowiańskie demony. Zwykle nie mam pojęcia o istnieniu aniołów i demonów. Zwykle nie rozmyślam nocami nad tym, co czeka ludzkość! - Poczułam jak krew podchodzi mi do twarzy, a oczy wypełniają się łzami. Nie patrząc na anioła, wstałam i poczłapałam do łazienki. Gdy odwróciłam się, by zamknąć za sobą drzwi, zobaczyłam, że Mael stoi o krok za mną.
- Chyba sobie żartujesz. - Zaśmiałam się nerwowo i zatrzasnęłam drzwi tuż przed anielską fizys.
W lustrze spotkałam znużone spojrzenie podkrążonych, szarych oczu. Własna twarz wydała mi się obca, nienaturalnie blada i jeszcze mniej sympatyczna niż zwykle. Westchnęłam ciężko, starając się obmyślić strategię działania, ale nic sensownego nie przychodziło mi do głowy.
*
Gdy wróciłam ze sklepu, zbliżała się szósta. Parząc kawę, zastanawiałam się, co mnie dzisiaj czeka. Może jakiś wampir spróbuje wyssać mi krew albo spotkam jednorożca, wskoczę mu na grzbiet i popędzimy razem na koniec tęczy?
Ze zdawkowych wyjaśnień Maela wynikało, że istoty, które dotąd znałam tylko z legend, istnieją naprawdę i, choć ukrywają swą prawdziwą naturę, to śmiało korzystają z uroków życia, dumnie nazywając się między sobą nadludźmi. Są wszędzie: pracują jako lekarze, fryzjerzy, ekspedienci i bankierzy. Prawdziwym siedliskiem "nadludzi" jest Hollywood i... polityka. No tak, pomyślałam, w końcu nasz rząd aż się roi od krwiopijców.
Na przestrzeni dziejów, wiele istot magicznych zapadło w coś w rodzaju snu, ale teraz, jak jeden mąż, budzą się powoli do życia, zupełnie niezaznajomione z konspiracyjną polityką "nadludzi" i tym, jak funkcjonuje współczesny świat. Mael nazwał ich prymitywami bez krzty ogłady. Wodnik był przykładem takiego przebudzonego niedawno stwora.
Usadowiłam się przy stoliku, pociągnęłam duży łyk kofeinowego naparu, popatrzyłam chwilę na Pallmalla, trzymanego w lewej ręce i zapalniczkę w prawej, po czym beznamiętnie podpaliłam papierosa.
- Przecież rzuciłaś trzy lata temu. - W głosie anioła wyczułam zawód. Zaciągnęłam się gryzącym dymem.
- Długo jesteś moim aniołem stróżem? - spytałam, ignorując jego uwagę.
- Odkąd zostałaś poczęta - odpowiedział poważnie. Zaczęłam żałować, że zadałam to pytanie, ale to nie powstrzymało mnie, by rzucić kolejnym:
- Więc znasz mnie lepiej niż ja sama - ciągnęłam. Kiedy kiwnął głową, dotarło do mnie pełne znaczenie tego, że opiekował się mną jeszcze zanim się urodziłam. Przeszedł mnie chłodny dreszcz. Nagle zrozumiałam, że dzielę z nim wszystkie moje tajemnice, upokorzenia i intymności. Poczułam jak moja niechęć do niego rośnie, a w wraz z nią poczucie zagubienia i bezradności. Żar papierosa zbliżył się do filtra. Zdusiłam go w popielniczce i zapaliłam kolejnego. - Więc dlaczego, do cholery, nie wracasz do nieba czy skąd tam przylazłeś i nie pilnujesz mnie jak dotąd - z oddali? - Mówiłam cicho. Zimno mojego głosu zaskoczyło nawet mnie samą.
- Dla twojego bezpieczeństwa - odparł i coś, jakby cień emocji w tonie jego głosu sprawił, że oderwałam wzrok od żarzącego się papierosa i spojrzałam mu w oczy. Nie dostrzegłam w nich nic szczególnego. Jeśli była w nich choćby namiastka uczucia, już dawno zniknęła albo skryła się w połaciach anielskiej świadomości.
*
     Gdy wykonałam wszystkie moje poranne rytuały, poczułam się odrobinę spokojniejsza.
- Dzisiaj nie idziesz do pracy - oznajmił Mael akurat, gdy pakowałam drugie śniadanie. - Musisz kogoś poznać.
Zaśmiałam się niemal histerycznie, czując jak namiastka spokoju, którą wywalczyłam, odchodzi w zapomnienie.
- Zabawne. - Pokręciłam głową w niedowierzaniem. - A rachunki będę opłacać w naturze, bo tobie zachciało się ciągać mnie gdzieś po mieście.
- Nie żartuję - ciągnął, a ja wiedziałam, że to prawda. - Już poinformowałem Karola...
- Cooooo?! - przerwałam mu, siadając z wrażenia. - Czyś ty osza...?! - Nie dokończyłam, gdyż Mael zasłonił moje usta dłonią.
- Może być tak wysłuchała mnie do końca, narwany babsztylu - syknął. - Zadzwoniłem do niego, gdy byłaś w łazience - kontynuował, a ja zapragnęłam zamordować go w jakiś niewyszukany, okrutny sposób. Zadzwonił do mojego szefa o bladym świcie, żeby powiedzieć mu, że nie zjawię się dzisiaj w pracy. Oczami wyobraźni widziałam siebie płaszczącą się przed Karolem i błagającą o możliwość kontynuowania kiepskiej pracy za psie pieniądze. - Dał ci tygodniowy, płatny urlop - oznajmił, odsuwając rękę od mojej twarzy. Siedziałam na łóżku z otwartymi ustami, a jego słowa docierały do mnie bardzo powoli.
- Jak? - bąknęłam cicho. - Czy te twoje sztuczki jedi działają na odległość?
Anioł skinął głową. Nagle wydał mi się całkiem sympatyczny.
*
    W milczeniu przemierzaliśmy ulice Borutowic. Zamyślona, nie od razu spostrzegłam, gdy znaleźliśmy się w nieznanej mi części miasta. Trawa tu była jakby zieleńsza, tynk na budynkach świeższy, a ludzie ładniejsi. Do tego niemal wszyscy przypatrywali się nam z zaciekawieniem.
- Myślałam, że nie istnieje w Borutowicach miejsce, w którym nie byłabym choć raz - przyznałam.
- To jest strefa niedostępna dla ludzi - rzekł spokojnie.
- Chcesz powiedzieć, że - Zniżyłam ton do szeptu. - to jest strefa "nadludzi"?
Odpowiedzi na moje pytanie dostarczył mi, majaczący w oddali, olbrzymi, czarny wilk, którego początkowo wzięłam za awangardową rzeźbę. Im bardziej się do niego zbliżaliśmy, tym chwiejniejszy był mój krok i mniejsza pewność siebie. Mimowolnie przysunęłam się do Maela, ledwo powstrzymując się, by nie złapać go za rękę. Gdy od wilkołaka dzieliło nas zaledwie kilka metrów, stwór odwrócił do nas łeb i zlustrował mnie spojrzeniem czarnych ślepi. Zamarłam w nadziei, że monstrum nie dostrzeże tego, co się nie rusza. Ku mojemu przerażeniu, mierzące kilka metrów bydlę wstało i ruszyło w naszą stronę. W panice schowałam się za aniołem, ale ten odsunął się, robiąc potworowi miejsce. "Co z ciebie za anioł stróż?!" - chciałam wrzasnąć, ale nie byłam w stanie wykrztusić choćby słowa. Bestia zbliżyła pysk do mojej twarzy i pociągnęła czarnym nosem wielkości męskiej pięści. Wstrzymałam oddech, czując narastające napięcie. Chwilę potem poczułam podmuch powietrza wprawionego w ruch przez ogon potwora i ciepły, psi oddech. Paraliżujący strach ustąpił miejsca panice. Odwróciłam się i pędem ruszyłam przed siebie, ale, nim zdołałam przebiec choćby dwa metry, zostałam powalona na ziemię ciężkim łapskiem. Jednym ruchem wielkiej łapy przewrócił mnie na plecy. Byłam pewna, że zaraz odgryzie mi głowę, ale zamiast tego, polizał mnie tylko po twarzy. Skrzywiłam się i, mogłabym przysiąc, że dostrzegłam uśmiech na wilczym pysku. Oczy błysnęły mu przebiegle, jakby chciał powiedzieć, że jeszcze się spotkamy, po czym odszedł wolnym krokiem w stronę lasu.
Podniosłam się, odrzucając pomoc Maela i posłałam mu najbardziej piorunujące z moich spojrzeń.
- Miałeś mnie chronić - fuknęłam.
- Przecież nie miał złych zamiarów - odparł zdziwiony moim poirytowaniem. - Poza tym, lepiej nie drażnić wilkołaka bez potrzeby, szczególnie tak starego.

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Jak poznałam mojego anioła stróża, czyli dlaczego nie należy kąpać się przez Nocą Kupały

21.06.2013

     Leżę na łóżku, a obok, w fotelu, wygodnie siedzi
 On. Nie spuszcza ze mnie pozbawionego wyrazu wzroku i, choć uratował mi dzisiaj życie, nie ufam mu ani wcale. 
- Dlaczego co chwilę zerkasz w moją stronę z takim niepokojem? - pyta, a ja mam ochotę cisnąć mu moim pamiętnikiem w twarz. Oczami wyobraźni widzę różowy ślad na przystojnej fizjonomii. Z trudem powstrzymuję się, by nie urzeczywistnić tej pięknej wizji.
- A dlaczego ty gapisz się na mnie bez przerwy? - warczę. 
- Takie przydzielono mi zadanie - oznajmia beznamiętnie. - Pogódź się z tym - dodaje po chwili, a ja wyczuwam w jego głosie nutę satysfakcji. 
- Po moim trupie - cedzę przez zęby i wracam do pisania. 
A dzień zapowiadał się całkiem zwyczajnie.

     Kilka godzin temu usadowiłam się w tym samym pstrym fotelu, z cyrkulatorem na kolanach, napawając się podmuchami ciepłego powietrza, które wprawiał w ruch. Czarny kocur Homet wygrzewał się na parapecie w południowych promieniach słońca. Było naprawdę gorąco. 
- Naprawdę gorąco - mruknęłam, patrząc na uginającą się od upału świeczkę, niby od jakiegoś niewidzialnego ciężaru. 
Wyciągnęłam telefon i wybrałam numer jedynej osoby w Borutowicach, którą naprawdę lubię. Po kilku sygnałach usłyszałam ładny, choć niski głos Sandry:
- Siema, Alka - przywitała się jak zwykle. - Rozpływam się. 
- Musi być ze czterdzieści stopni - zagadnęłam.
- Czterdzieści dwa, a dopiero minęła dwunasta - uściśliła. - Co tam? 
- Zastanawiałam się, co myślisz o zimnym piwie nad rzeką - rzuciłam, mimowolnie bawiąc się włosami.
- Marzę o tym - westchnęła - ale muszę odrzucić to zawoalowane zaproszenie. Dzieciak Marty znowu jest chory i musiałam wziąć za nią zmianę. Gdy zobaczyłam, że dzwonisz, postanowiłam zrobić sobie przerwę na papierosa. 
- Szef cię zabije - odparłam, starając się nie brzmieć na zawiedzioną.
- Karol? - Zaśmiała się. - Leci na mnie, więc mogę wychodzić, o ile nie ma ruchu. A teraz są wyjątkowe pustki. W taki ukrop wszyscy albo siedzą w klimatyzowanych domach, albo wylegają na plażę. Ależ ja im zazdroszczę.
- Zaraz będę jedną z nich - bąknęłam, czując, że rozmowa niepotrzebnie się przedłuża. - Zdzwonimy się jeszcze, na razie.
Rozłączyłam się, nie czekając na odpowiedź. Nie próbowałam dzwonić do nikogo więcej.

     Rozejrzałam się po ciasnym pokoiku. Większość przestrzeni zajmowało sporych rozmiarów łóżko. Obok niego stał fotel, w którym siedziałam, a który był najbrzydszym elementem całej kawalerki. Szary, z wielką plamą po herbacie i kilkoma dziurami, które ktoś wypalił papierosem. Właściciele nie pozwolili mi go wyrzucić, tłumacząc się niezrozumiałym dla mnie sentymentem, więc nakryłam go pstrą narzutą w psychodeliczne wzory, którą kupiłam w pobliskim lumpeksie. Resztę pokoju wypełniała wąska szafa i przeróżne szafki, półki i półeczki, dzięki którym zdołałam pomieścić większość moich książek. Ten maleńki pokoik stanowił większą część mieszkania, obok tyciej kuchni, mikroskopijnej łazienki i nanometrowego przedpokoju. Latem, w najgorszym upale, mógł wytrzymać tu tylko ciepłolubny Homet. 
Westchnęłam ciężko, wyłączyłam cyrkulator i podniosłam się niechętnie. Ubranie przylepiło mi się do ciała, ale zmienianie go nie miało sensu. Wyjęłam z szafki plecak, spakowałam do niego ręcznik i poszłam do kuchni po kilka zimnych piw. Miskę Hometa wypełniłam świeżą wodą, nałożyłam na nos lenonki i ruszyłam w stronę drzwi, zupełnie nieświadoma tego, co się niedługo wydarzy.
  
     Rzeka Biesa płynie przez wielką, starą buczynę, która otacza całe Borutowice. Od ponad dekady nie słyszano, by ktoś ściął choćby jeden buk. Próby, a niekiedy nawet same plany, kończyły się bardziej lub mniej dramatycznymi wypadkami. Wśród mieszkańców istnieje przekonanie, że nad lasem wisi klątwa. Teraz myślę, że to tylko Boruta dba o swój las. Nazwa tego niemal pięciowiecznego miasta nie wzięła się przecież znikąd. 
     
     Przemierzałam powoli piękną buczynę wytyczonym szlakiem, sącząc piwo i nucąc "Krasnal rebel song" Żywiołaka. W gęstym lesie panował półmrok i duchota, ale nie było nawet w połowie tak parno jak w moim mieszkaniu. W pewnym momencie zboczyłam z dróżki prowadzącej na sztuczną plażę, która w takie dni była przeludniona. Spacery wokół spoconych ciał w poszukiwaniu wolnego metra kwadratowego na rozłożenie ręcznika były ostatnim, na co miałam ochotę. Idąc słabo wydeptaną, wąską ścieżką, zdałam sobie sprawę, że leśne ptactwo śpiewa jakby inaczej - obłąkańczo i nierealnie. Przyspieszyłam kroku, zahipnotyzowana tą wokalizą i nim się spostrzegłam, stałam już nad brzegiem rzeki, oszołomiona, bez żadnej myśli w głowie. Po chwili otrząsnęłam się z lekka i spojrzałam na puszkę, którą trzymałam w ręku. Była pusta. Włożyłam ją do plecaka, rozglądając się uważnie. W pobliżu nie było nikogo, jak zwykle. Tylko ja, stare buki i szeroka na kilka metrów rzeka.
Rozbierając się, przeszło mi przez myśl, że piwo podziałało mocniej niż zwykle i nie powinnam wchodzić do wody zbyt głęboko. 
Pospiesznie weszłam do rzeki i zanurzyłam się w niej po szyję. Westchnęłam głęboko, napawając się rozkosznym chłodem, który ogarnął moje ciało.
- Chciałabym zostać tu na zawsze - wymamrotałam i chwilę potem usłyszałam chrypliwy śmiech. - Hm? Ktoś tu jest? - Odruchowo zasłoniłam piersi i potoczyłam wzrokiem dookoła. Ptaki zaśpiewały ze zdwojoną siłą i jeszcze bardziej szaleńczo. Wtedy dostrzegłam starca. Był wyjątkowo niski, zgrzybiałe ciało pokrywały plamy wątrobowe, a dziwaczną, brzydką twarz okalała rzadka broda. Stał w wodzie przy drugim brzegu rzeki i przyglądał mi się z lubieżnym uśmieszkiem. 
- Stary zboczeniec - wycedziłam przez zęby. Uśmiech zniknął z jego twarzy, zastąpiony złośliwym grymasem. Mały zgred podniósł rękę do twarzy, jakby chcąc mi przekazać, że poczuł się urażony i wtedy, ze zgrozą dostrzegłam między jego palcami błonę pławną.  


autor obrazka: Iwan Bilibin



Z moich ust wydobył się niemy krzyk. Starzec zanurzył się niemal cały w wodzie - znad tafli wystawały jedynie oczy i, ku mojemu przerażeniu, zaczął płynąć w moją stronę. W swojej głowie zobaczyłam jak uciekam do brzegu, w biegu łapię plecak i nie zważając na swą nagość, gnam, ile sił w nogach, aż do wyjścia z buczyny. Przez chwilę uwierzyłam, że to dzieje się naprawdę, ale zaraz potem zorientowałam się, że wyłupiaste ślepia są coraz bliżej, a ja, nie potrafię ruszyć się z miejsca. Spojrzałam w pożółkłe oczyska i znów biegłam przez las naga. Ocknęłam się dopiero w głębi rzeki, dławiąc się wodą. Starzec siedział na piaszczystym dnie i z kamienną twarzą trzymał mnie za nadgarstki swoimi żabimi łapami. Spróbowałam się wyrwać, ale na próżno, moje ciało było sparaliżowane. Zaraz potem panika zaczęła ustępować spokojowi. Barwy wyostrzyły się, a krawędzie zaczęły świecić jasnym blaskiem. Poczułam błogość podobną do tej po dobrym seksie. Starzec topiący mnie, duszności, śmierć - to wszystko okazało się lepsze niż myślałam. Obraz przed moimi oczami stawał się coraz bardziej nierealny. Po chwili widziałam już tylko gamę jaskrawych kolorów, tańczących w rytm mojego bijącego coraz wolniej serca. Wtedy poczułam mocne szarpnięcie i ręce obejmujące mnie w talii. Później były tylko piękne, kolorowe wizje, ale bez konkretnego kształtu i znaczenia. Zdawało mi się, że rozmawiam z aniołami. Nie widziałam ich, ale słyszałam ich piękne głosy. Mówiły, że to jeszcze nie mój czas.
     Ocknęłam się, czując silny nacisk na klatce piersiowej. Otworzyłam oczy. Znowu leżałam nad brzegiem rzeki, a nade mną nachylał się On. Chyba mnie właśnie resuscytował. 
- Przestań, to bo... - Zakrztusiłam się. Usiadłam, kaszląc i zdałam sobie sprawę z trzech rzeczy. Śmierć to tak naprawdę jeden wielki trip. Jestem naga. Obok mnie klęczy zupełnie obcy facet. Skuliłam się - kolana podciągnęłam pod brodę, prawym przedramieniem zasłoniłam piersi i rozejrzałam się za plecakiem. Leżał kilka metrów dalej. 
- P-podasz mi moje rzeczy? - wydukałam do nieznajomego. Spojrzał na mnie, jakby zdziwiony moim zachowaniem, wstał i poszedł po plecak. Podając mi go rzucił:
- Nie musisz się wstydzić. Już wiele razy widziałem cię taką. 
Zmartwiałam, zupełnie zapominając o śmierci i nagości, a zastanawiając się, co ja właśnie usłyszałam. W odpowiedzi uśmiechnęłam się tylko grzecznie, potakując. Ciało owinęłam ręcznikiem i ubrałam się najszybciej jak potrafiłam, nie fatygując się nawet, żeby założyć bieliznę. 
- Dzięki za ratunek - powiedziałam lekko drżącym głosem, zarzucając plecak na ramię. - Pójdę już, eee, muszę nakarmić kota. - Ruszyłam w stronę ścieżki, ale zaraz zatrzymałam się gwałtownie, szarpnięta za rękę.
- Nie kłam. Nakarmisz Hometa dopiero za dwie godziny - rzucił sucho i obrócił mnie ku sobie, ściskając za ramiona. Staliśmy naprzeciwko siebie. Po raz pierwszy przyjrzałam mu się dokładniej. Jasne, długie włosy okalały przystojną twarz o regularnych rysach twarzy. Bystre, błękitne oczy wpatrywały się w moje - wielkie od strachu. Jego ubranie - całkiem zwyczajne zresztą - było przemoczone. Pochylał się nade mną, a mimo to ledwo dosięgałam mu do szyi. 
Zginę z rąk czarującego psychopaty - pomyślałam. 
- Nie musisz się mnie obawiać - rzekł, jakby odpowiadając moim myślom. - Nie zrobię ci krzyw... - Nie pozwoliłam mu dokończyć. Moja zaciśnięta pięść wylądowała na jego ustach. Nie przyniosło to pożądanego skutku, więc spróbowałam uderzyć znowu, ale tym razem zatrzymał moją pięść kilka centymetrów od swojej twarzy. Uśmiechnął się, zlizując krew z dolnej wargi, która chwilę później zasklepiła się. Oniemiałam. Zbyt wiele dziwactw jak na jeden dzień - pomyślałam. Poddałam się - nie próbowałam już bić, szarpać, ani kopać. Mężczyzna jakby to wyczuł, bo zwolnił uścisk.
- Słuchaj - zaczął. - Nie skrzywdzę cię. Przeciwnie. Jestem twoim aniołem stróżem. - Starł pot z czoła (a więc anioły się pocą). - A na imię mi Mael. 
Nie odpowiedziałam. Nie od razu. Mój mózg w zwolnionym tempie przetworzył tę informację. Zachichotałam, a wtedy Mael westchnął i szybkim ruchem ściągnął białą koszulkę. Szczerze mówiąc, nie od razu zobaczyłam to, co chciał mi pokazać. Moją uwagę przykuła anielska klata. Potrząsnęłam lekko głową i wtedy zauważyłam, że zza pleców mężczyzny wystaje coś białego. Chwilę trwało, zanim uświadomiłam, że to były skrzydła, stające się z każdą chwilą coraz większe. Po kilkunastu sekundach osiągnęły wysokość około dwóch metrów, poruszyły się nieznacznie, wprawiając powietrze w ruch i zaraz zaczęły się kurczyć. 
Zamknęłam rozdziawioną ze zdziwienia buzię długo po tym, jak znikły zupełnie, a Mael założył koszulkę. 
- A więc jesteś aniołem - wymamrotałam, czując jak odchodzą mi siły. Oparłam się o drzewo. - I cały ateizm poszedł się kochać - westchnęłam. - A tamten to kto? - spytałam, przypominając sobie nagle o okropnym starcu i rozejrzałam się. Gdy dostrzegłam go na drugim brzegu rzeki, przeszedł mnie nieprzyjemny dreszcz. Z nienawiścią wlepiał w nas swoje wyłupiaste ślepia. - Demon? - dodałam cicho.
- Wodnik. Bardzo stare stworzenie. Nie był aktywny od stuleci - odparł anioł, a na jego słowa przeszył mnie kolejny, okropny dreszcz. Uśmiechnęłam się głupkowato, co jest moją typową reakcją na stres. 

*

- A więc jesteś aniołem - powiedziałam, gdy przemierzaliśmy buczynę. Śpiew ptaków nadal przyprawiał mnie o zawroty głowy.
- Powtarzasz to już czwarty raz - zauważył.
- Tak. Staram się z tym pogodzić - burknęłam. - Dlaczego zszedłeś na ziemię?
- Takie miałem rozkazy. - Jego odpowiedzi były nieznośnie krótkie.
- Od Boga? - spytałam poważnym tonem. W odpowiedzi kiwnął lekko głową. - Ale po co? - dopytywałam się.
- Szykuje się bardzo trudny okres dla ludzkości - odparł tajemniczo. 
- Nie powiesz mi nic więcej? - Niecierpliwiłam się. Mael tylko pokręcił przecząco głową. Wzięłam kilka głębokich wdechów i wydechów. Z każdą jego anielską odpowiedzią miałam coraz więcej pytań. Zbliżaliśmy się powoli do wyjścia z lasu. - Szykuje się trudny okres, więc wszystkie anioły stróże schodzą do swych podopiecznych i ratują ich z opresji, tak? 
- Nie - skwitował krótko. Zamyśliłam się.
- A więc mam fory u Boga - stwierdziłam po chwili, ale czując na sobie lodowate spojrzenie anioła, stwierdziłam, że chyba jednak nie. Resztę drogi przeszliśmy w milczeniu. 

*

- No, to ja spadam - powiedziałam, gdy zatrzymaliśmy się pod blokiem, w którym mieszkam. - Dzięki za odprowadzenie mnie, naprawdę nie musiałeś. 
- Idę z tobą - odparł beznamiętnie. Zaśmiałam się. 
- Nie, nie idziesz. - Otworzyłam drzwi do klatki. - No już, wracaj do chmurek - rzuciłam, odwracając się w jego stronę. Mael pokręcił głową ze zniecierpliwieniem.
- Chyba nie zrozumiałaś. Mam rozkaz nie odstępować cię choćby o krok od momentu ujawnienia się. 
- Nie, to ty nie zrozumiałeś - odparowałam zirytowana, ale zaraz uspokoiłam się, widząc w oddali dwóch policjantów. - Przepraszam! - krzyknęłam, machając do nich. - Ten facet mnie nagabuje! - Uśmiechnęłam się z satysfakcią, patrząc, jak mundurowi podchodzą wolnym krokiem. 
- W czym problem? - spytał starszy, opasły policjant. Pulchną, czerwoną twarz skierował najpierw na mnie, a potem na Maela. Młodszy przyglądał się tylko moim nogom. 
- On - wskazałam na anioła - łazi za mną od jakiejś godziny. Kilka razy pytał się czy chcę kupić od niego narkotyki. 
Młodszy stróż prawa w końcu oderwał wzrok od moich nóg i zlustrował Maela. Twarze obojga funkcjonariuszy rozjaśniały. 
- A więc zachciało się panu dilowania - zagadnął gruby policjant.
- Nie. Tutaj nie dzieje się nic niezgodnego z prawem. Możecie już iść. - Głos anioła był oschlejszy niż do tej pory.
- Tutaj nie dzieje się nic niezgodnego z prawem - powtórzyli jednocześnie mundurowi. - Możemy już iść - dodali i, ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, po prostu sobie poszli.
- Co to do cholery było?! - wrzasnęłam. - Jesteś cholernym jedi?! 
- Nie wiem, co to jest jedi - odparł, a w jego głosie wyczułam znudzenie. - Możemy już iść? 
Nie odpowiedziałam. Po prostu weszłam do klatki i udałam się w stronę windy, a Mael za mną.