21.06.2013
Leżę na łóżku, a obok, w fotelu, wygodnie siedzi On. Nie spuszcza ze mnie pozbawionego wyrazu wzroku i, choć uratował mi dzisiaj życie, nie ufam mu ani wcale.
Leżę na łóżku, a obok, w fotelu, wygodnie siedzi On. Nie spuszcza ze mnie pozbawionego wyrazu wzroku i, choć uratował mi dzisiaj życie, nie ufam mu ani wcale.
- Dlaczego co chwilę zerkasz w moją stronę z takim niepokojem? - pyta, a ja mam ochotę cisnąć mu moim pamiętnikiem w twarz. Oczami wyobraźni widzę różowy ślad na przystojnej fizjonomii. Z trudem powstrzymuję się, by nie urzeczywistnić tej pięknej wizji.
- A dlaczego ty gapisz się na mnie bez przerwy? - warczę.
- Takie przydzielono mi zadanie - oznajmia beznamiętnie. - Pogódź się z tym - dodaje po chwili, a ja wyczuwam w jego głosie nutę satysfakcji.
- Po moim trupie - cedzę przez zęby i wracam do pisania.
A dzień zapowiadał się całkiem zwyczajnie.
Kilka godzin temu usadowiłam się w tym samym pstrym fotelu, z cyrkulatorem na kolanach, napawając się podmuchami ciepłego powietrza, które wprawiał w ruch. Czarny kocur Homet wygrzewał się na parapecie w południowych promieniach słońca. Było naprawdę gorąco.
- Naprawdę gorąco - mruknęłam, patrząc na uginającą się od upału świeczkę, niby od jakiegoś niewidzialnego ciężaru.
Wyciągnęłam telefon i wybrałam numer jedynej osoby w Borutowicach, którą naprawdę lubię. Po kilku sygnałach usłyszałam ładny, choć niski głos Sandry:
- Siema, Alka - przywitała się jak zwykle. - Rozpływam się.
- Musi być ze czterdzieści stopni - zagadnęłam.
- Czterdzieści dwa, a dopiero minęła dwunasta - uściśliła. - Co tam?
- Zastanawiałam się, co myślisz o zimnym piwie nad rzeką - rzuciłam, mimowolnie bawiąc się włosami.
- Marzę o tym - westchnęła - ale muszę odrzucić to zawoalowane zaproszenie. Dzieciak Marty znowu jest chory i musiałam wziąć za nią zmianę. Gdy zobaczyłam, że dzwonisz, postanowiłam zrobić sobie przerwę na papierosa.
- Szef cię zabije - odparłam, starając się nie brzmieć na zawiedzioną.
- Karol? - Zaśmiała się. - Leci na mnie, więc mogę wychodzić, o ile nie ma ruchu. A teraz są wyjątkowe pustki. W taki ukrop wszyscy albo siedzą w klimatyzowanych domach, albo wylegają na plażę. Ależ ja im zazdroszczę.
- Zaraz będę jedną z nich - bąknęłam, czując, że rozmowa niepotrzebnie się przedłuża. - Zdzwonimy się jeszcze, na razie.
Rozłączyłam się, nie czekając na odpowiedź. Nie próbowałam dzwonić do nikogo więcej.
Rozejrzałam się po ciasnym pokoiku. Większość przestrzeni zajmowało sporych rozmiarów łóżko. Obok niego stał fotel, w którym siedziałam, a który był najbrzydszym elementem całej kawalerki. Szary, z wielką plamą po herbacie i kilkoma dziurami, które ktoś wypalił papierosem. Właściciele nie pozwolili mi go wyrzucić, tłumacząc się niezrozumiałym dla mnie sentymentem, więc nakryłam go pstrą narzutą w psychodeliczne wzory, którą kupiłam w pobliskim lumpeksie. Resztę pokoju wypełniała wąska szafa i przeróżne szafki, półki i półeczki, dzięki którym zdołałam pomieścić większość moich książek. Ten maleńki pokoik stanowił większą część mieszkania, obok tyciej kuchni, mikroskopijnej łazienki i nanometrowego przedpokoju. Latem, w najgorszym upale, mógł wytrzymać tu tylko ciepłolubny Homet.
Westchnęłam ciężko, wyłączyłam cyrkulator i podniosłam się niechętnie. Ubranie przylepiło mi się do ciała, ale zmienianie go nie miało sensu. Wyjęłam z szafki plecak, spakowałam do niego ręcznik i poszłam do kuchni po kilka zimnych piw. Miskę Hometa wypełniłam świeżą wodą, nałożyłam na nos lenonki i ruszyłam w stronę drzwi, zupełnie nieświadoma tego, co się niedługo wydarzy.
Rzeka Biesa płynie przez wielką, starą buczynę, która otacza całe Borutowice. Od ponad dekady nie słyszano, by ktoś ściął choćby jeden buk. Próby, a niekiedy nawet same plany, kończyły się bardziej lub mniej dramatycznymi wypadkami. Wśród mieszkańców istnieje przekonanie, że nad lasem wisi klątwa. Teraz myślę, że to tylko Boruta dba o swój las. Nazwa tego niemal pięciowiecznego miasta nie wzięła się przecież znikąd.
Przemierzałam powoli piękną buczynę wytyczonym szlakiem, sącząc piwo i nucąc "Krasnal rebel song" Żywiołaka. W gęstym lesie panował półmrok i duchota, ale nie było nawet w połowie tak parno jak w moim mieszkaniu. W pewnym momencie zboczyłam z dróżki prowadzącej na sztuczną plażę, która w takie dni była przeludniona. Spacery wokół spoconych ciał w poszukiwaniu wolnego metra kwadratowego na rozłożenie ręcznika były ostatnim, na co miałam ochotę. Idąc słabo wydeptaną, wąską ścieżką, zdałam sobie sprawę, że leśne ptactwo śpiewa jakby inaczej - obłąkańczo i nierealnie. Przyspieszyłam kroku, zahipnotyzowana tą wokalizą i nim się spostrzegłam, stałam już nad brzegiem rzeki, oszołomiona, bez żadnej myśli w głowie. Po chwili otrząsnęłam się z lekka i spojrzałam na puszkę, którą trzymałam w ręku. Była pusta. Włożyłam ją do plecaka, rozglądając się uważnie. W pobliżu nie było nikogo, jak zwykle. Tylko ja, stare buki i szeroka na kilka metrów rzeka.
Rozbierając się, przeszło mi przez myśl, że piwo podziałało mocniej niż zwykle i nie powinnam wchodzić do wody zbyt głęboko.
Pospiesznie weszłam do rzeki i zanurzyłam się w niej po szyję. Westchnęłam głęboko, napawając się rozkosznym chłodem, który ogarnął moje ciało.
- Chciałabym zostać tu na zawsze - wymamrotałam i chwilę potem usłyszałam chrypliwy śmiech. - Hm? Ktoś tu jest? - Odruchowo zasłoniłam piersi i potoczyłam wzrokiem dookoła. Ptaki zaśpiewały ze zdwojoną siłą i jeszcze bardziej szaleńczo. Wtedy dostrzegłam starca. Był wyjątkowo niski, zgrzybiałe ciało pokrywały plamy wątrobowe, a dziwaczną, brzydką twarz okalała rzadka broda. Stał w wodzie przy drugim brzegu rzeki i przyglądał mi się z lubieżnym uśmieszkiem.
- Stary zboczeniec - wycedziłam przez zęby. Uśmiech zniknął z jego twarzy, zastąpiony złośliwym grymasem. Mały zgred podniósł rękę do twarzy, jakby chcąc mi przekazać, że poczuł się urażony i wtedy, ze zgrozą dostrzegłam między jego palcami błonę pławną.
autor obrazka: Iwan Bilibin
Z moich ust wydobył się niemy krzyk. Starzec zanurzył się niemal cały w wodzie - znad tafli wystawały jedynie oczy i, ku mojemu przerażeniu, zaczął płynąć w moją stronę. W swojej głowie zobaczyłam jak uciekam do brzegu, w biegu łapię plecak i nie zważając na swą nagość, gnam, ile sił w nogach, aż do wyjścia z buczyny. Przez chwilę uwierzyłam, że to dzieje się naprawdę, ale zaraz potem zorientowałam się, że wyłupiaste ślepia są coraz bliżej, a ja, nie potrafię ruszyć się z miejsca. Spojrzałam w pożółkłe oczyska i znów biegłam przez las naga. Ocknęłam się dopiero w głębi rzeki, dławiąc się wodą. Starzec siedział na piaszczystym dnie i z kamienną twarzą trzymał mnie za nadgarstki swoimi żabimi łapami. Spróbowałam się wyrwać, ale na próżno, moje ciało było sparaliżowane. Zaraz potem panika zaczęła ustępować spokojowi. Barwy wyostrzyły się, a krawędzie zaczęły świecić jasnym blaskiem. Poczułam błogość podobną do tej po dobrym seksie. Starzec topiący mnie, duszności, śmierć - to wszystko okazało się lepsze niż myślałam. Obraz przed moimi oczami stawał się coraz bardziej nierealny. Po chwili widziałam już tylko gamę jaskrawych kolorów, tańczących w rytm mojego bijącego coraz wolniej serca. Wtedy poczułam mocne szarpnięcie i ręce obejmujące mnie w talii. Później były tylko piękne, kolorowe wizje, ale bez konkretnego kształtu i znaczenia. Zdawało mi się, że rozmawiam z aniołami. Nie widziałam ich, ale słyszałam ich piękne głosy. Mówiły, że to jeszcze nie mój czas.
Ocknęłam się, czując silny nacisk na klatce piersiowej. Otworzyłam oczy. Znowu leżałam nad brzegiem rzeki, a nade mną nachylał się On. Chyba mnie właśnie resuscytował.
- Przestań, to bo... - Zakrztusiłam się. Usiadłam, kaszląc i zdałam sobie sprawę z trzech rzeczy. Śmierć to tak naprawdę jeden wielki trip. Jestem naga. Obok mnie klęczy zupełnie obcy facet. Skuliłam się - kolana podciągnęłam pod brodę, prawym przedramieniem zasłoniłam piersi i rozejrzałam się za plecakiem. Leżał kilka metrów dalej.
- P-podasz mi moje rzeczy? - wydukałam do nieznajomego. Spojrzał na mnie, jakby zdziwiony moim zachowaniem, wstał i poszedł po plecak. Podając mi go rzucił:
- Nie musisz się wstydzić. Już wiele razy widziałem cię taką.
Zmartwiałam, zupełnie zapominając o śmierci i nagości, a zastanawiając się, co ja właśnie usłyszałam. W odpowiedzi uśmiechnęłam się tylko grzecznie, potakując. Ciało owinęłam ręcznikiem i ubrałam się najszybciej jak potrafiłam, nie fatygując się nawet, żeby założyć bieliznę.
- Dzięki za ratunek - powiedziałam lekko drżącym głosem, zarzucając plecak na ramię. - Pójdę już, eee, muszę nakarmić kota. - Ruszyłam w stronę ścieżki, ale zaraz zatrzymałam się gwałtownie, szarpnięta za rękę.
- Nie kłam. Nakarmisz Hometa dopiero za dwie godziny - rzucił sucho i obrócił mnie ku sobie, ściskając za ramiona. Staliśmy naprzeciwko siebie. Po raz pierwszy przyjrzałam mu się dokładniej. Jasne, długie włosy okalały przystojną twarz o regularnych rysach twarzy. Bystre, błękitne oczy wpatrywały się w moje - wielkie od strachu. Jego ubranie - całkiem zwyczajne zresztą - było przemoczone. Pochylał się nade mną, a mimo to ledwo dosięgałam mu do szyi.
Zginę z rąk czarującego psychopaty - pomyślałam.
- Nie musisz się mnie obawiać - rzekł, jakby odpowiadając moim myślom. - Nie zrobię ci krzyw... - Nie pozwoliłam mu dokończyć. Moja zaciśnięta pięść wylądowała na jego ustach. Nie przyniosło to pożądanego skutku, więc spróbowałam uderzyć znowu, ale tym razem zatrzymał moją pięść kilka centymetrów od swojej twarzy. Uśmiechnął się, zlizując krew z dolnej wargi, która chwilę później zasklepiła się. Oniemiałam. Zbyt wiele dziwactw jak na jeden dzień - pomyślałam. Poddałam się - nie próbowałam już bić, szarpać, ani kopać. Mężczyzna jakby to wyczuł, bo zwolnił uścisk.
- Słuchaj - zaczął. - Nie skrzywdzę cię. Przeciwnie. Jestem twoim aniołem stróżem. - Starł pot z czoła (a więc anioły się pocą). - A na imię mi Mael.
Nie odpowiedziałam. Nie od razu. Mój mózg w zwolnionym tempie przetworzył tę informację. Zachichotałam, a wtedy Mael westchnął i szybkim ruchem ściągnął białą koszulkę. Szczerze mówiąc, nie od razu zobaczyłam to, co chciał mi pokazać. Moją uwagę przykuła anielska klata. Potrząsnęłam lekko głową i wtedy zauważyłam, że zza pleców mężczyzny wystaje coś białego. Chwilę trwało, zanim uświadomiłam, że to były skrzydła, stające się z każdą chwilą coraz większe. Po kilkunastu sekundach osiągnęły wysokość około dwóch metrów, poruszyły się nieznacznie, wprawiając powietrze w ruch i zaraz zaczęły się kurczyć.
Zamknęłam rozdziawioną ze zdziwienia buzię długo po tym, jak znikły zupełnie, a Mael założył koszulkę.
- A więc jesteś aniołem - wymamrotałam, czując jak odchodzą mi siły. Oparłam się o drzewo. - I cały ateizm poszedł się kochać - westchnęłam. - A tamten to kto? - spytałam, przypominając sobie nagle o okropnym starcu i rozejrzałam się. Gdy dostrzegłam go na drugim brzegu rzeki, przeszedł mnie nieprzyjemny dreszcz. Z nienawiścią wlepiał w nas swoje wyłupiaste ślepia. - Demon? - dodałam cicho.
- Wodnik. Bardzo stare stworzenie. Nie był aktywny od stuleci - odparł anioł, a na jego słowa przeszył mnie kolejny, okropny dreszcz. Uśmiechnęłam się głupkowato, co jest moją typową reakcją na stres.
*
- A więc jesteś aniołem - powiedziałam, gdy przemierzaliśmy buczynę. Śpiew ptaków nadal przyprawiał mnie o zawroty głowy.
- Powtarzasz to już czwarty raz - zauważył.
- Tak. Staram się z tym pogodzić - burknęłam. - Dlaczego zszedłeś na ziemię?
- Takie miałem rozkazy. - Jego odpowiedzi były nieznośnie krótkie.
- Od Boga? - spytałam poważnym tonem. W odpowiedzi kiwnął lekko głową. - Ale po co? - dopytywałam się.
- Szykuje się bardzo trudny okres dla ludzkości - odparł tajemniczo.
- Nie powiesz mi nic więcej? - Niecierpliwiłam się. Mael tylko pokręcił przecząco głową. Wzięłam kilka głębokich wdechów i wydechów. Z każdą jego anielską odpowiedzią miałam coraz więcej pytań. Zbliżaliśmy się powoli do wyjścia z lasu. - Szykuje się trudny okres, więc wszystkie anioły stróże schodzą do swych podopiecznych i ratują ich z opresji, tak?
- Nie - skwitował krótko. Zamyśliłam się.
- A więc mam fory u Boga - stwierdziłam po chwili, ale czując na sobie lodowate spojrzenie anioła, stwierdziłam, że chyba jednak nie. Resztę drogi przeszliśmy w milczeniu.
*
- No, to ja spadam - powiedziałam, gdy zatrzymaliśmy się pod blokiem, w którym mieszkam. - Dzięki za odprowadzenie mnie, naprawdę nie musiałeś.
- Idę z tobą - odparł beznamiętnie. Zaśmiałam się.
- Nie, nie idziesz. - Otworzyłam drzwi do klatki. - No już, wracaj do chmurek - rzuciłam, odwracając się w jego stronę. Mael pokręcił głową ze zniecierpliwieniem.
- Chyba nie zrozumiałaś. Mam rozkaz nie odstępować cię choćby o krok od momentu ujawnienia się.
- Nie, to ty nie zrozumiałeś - odparowałam zirytowana, ale zaraz uspokoiłam się, widząc w oddali dwóch policjantów. - Przepraszam! - krzyknęłam, machając do nich. - Ten facet mnie nagabuje! - Uśmiechnęłam się z satysfakcią, patrząc, jak mundurowi podchodzą wolnym krokiem.
- W czym problem? - spytał starszy, opasły policjant. Pulchną, czerwoną twarz skierował najpierw na mnie, a potem na Maela. Młodszy przyglądał się tylko moim nogom.
- On - wskazałam na anioła - łazi za mną od jakiejś godziny. Kilka razy pytał się czy chcę kupić od niego narkotyki.
Młodszy stróż prawa w końcu oderwał wzrok od moich nóg i zlustrował Maela. Twarze obojga funkcjonariuszy rozjaśniały.
- A więc zachciało się panu dilowania - zagadnął gruby policjant.
- Nie. Tutaj nie dzieje się nic niezgodnego z prawem. Możecie już iść. - Głos anioła był oschlejszy niż do tej pory.
- Tutaj nie dzieje się nic niezgodnego z prawem - powtórzyli jednocześnie mundurowi. - Możemy już iść - dodali i, ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, po prostu sobie poszli.
- Co to do cholery było?! - wrzasnęłam. - Jesteś cholernym jedi?!
- Nie wiem, co to jest jedi - odparł, a w jego głosie wyczułam znudzenie. - Możemy już iść?
Nie odpowiedziałam. Po prostu weszłam do klatki i udałam się w stronę windy, a Mael za mną.

widzę, że zawędrowałaś i na blogspot, który z blogów jest Ci bliższy? zostawić w linkach tamten, czy zaktualizować na ten?
OdpowiedzUsuń--
storyoframona.blogspot.com
Heh, nie cierpię opowiadań o aniołach i demonach, ale na Twoje szczęście tematykę odkryłem dopiero w połowie, a wcześniej zdążyło mnie wciągnąć. Całkiem niezły styl. Po przeczytaniu zdania "Cały ateizm poszedł się kochać" - uśmiałem się. Kurtuazyjny tekst w nagłówku o tym, że nie masz pojęcia o pisaniu jest... Kurtuazją. Jak na blogowe teksty piszesz całkiem nieźle. Choć trzykrotne powtórzenie w jednym zadniu było ponad moje siły, więc muszę to zdanie przytoczyć: "W SWOJEJ głowie zobaczyłam jak uciekam do brzegu, w biegu łapie SWOJE rzeczy i nie zważajac na SWOJĄ nagość, pędzę przed siebie, aż do wyjścia z buczyny." Było też kilka drobnych błędów, ale nie wartych przytoczenia.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam i dodaję do obserwowanych.